Zawsze lubiłam obserwować ludzi, którym coś wychodzi. I bynajmniej nie mam na myśli jedynie moich uczniów osiągających coraz wyższy poziom znajomości języka i zdających egzaminy. Moje zamiłowanie do obserwowania tych, którzy swoją pracę wykonują z sercem i radością, dotyczy bardzo różnych dziedzin. Od kiedy pamiętam z zachwytem patrzyłam na pasjonatów zarabiających na pisaniu o swoich podróżach, właścicieli kafajek z duszą, zapalonych do swojej pracy informatyków i wszelkich innych fachowców spełniających się w swoich profesjach.

Od kiedy przyjechałam do Norwegii, zobaczyłam, że tu też nie brakuje rodaków, którzy spełniają swoje marzenia i również na obczyźnie robią to, co naprawdę lubią. Jednocześnie zauważam, że są osoby, które dopiero potrzebują uwierzyć, że się da. Nie tylko nauczyć się języka, ale także realizować zawodowe plany, rozwijać się i rano wstawać do pracy z radością. Stąd pomysł na serię „mój sukces w Norwegii” Opowieści o osobach, które nauczyły się języka, robią to, co lubią i cieszą się swoją pracą. Bo takich jest naprawdę wiele. Zapraszam!

Poniżej rozmowa z Gosią Jonczy-Adamską, pedagożką i psycholożką pracującą w Norwegii z dziećmi ze specjalnymi potrzebami, między innymi o tym, jak dostała stałą pracę, jak nauczyła się norweskiego i co radzi innym osobom marzącym o pracy w swoim zawodzie.

W jakim zawodzie pracujesz i co robisz w Norwegii?

Jestem z wykształcenia psycholożką i pedagożką, i udało mi się połączyć tutaj te dwa zawody – pracuję jako pedagożka wspierająca (støttepedagog) z dziećmi ze specjalnymi potrzebami, które uczeszczają do przedszkoli w jednej z dzielnic Oslo. W praktyce oznacza to, że mój czas pracy podzielony jest pomiędzy troje dzieci z diagnozą autyzmu dziecięcego, z którymi pracuję indywidualnie i w małych grupach, wspieram je też w codzienności przedszkolnej – podczas zabawy, posiłków, wycieczek.

Jaki jest Twój największy sukces w Norwegii?

Praca zgodna z moim wykształceniem to zdecydowanie największa rzecz. W Polsce miałam już ugruntowaną pozycję zawodową, ale z różnych względów zdecydowałam się na wyjazd. I bardzo się bałam, że będę musiała pójść na kompromis na rynku pracy. A chciałam pracować w jednym z moich zawodów. To niestety miało swoje koszty – na początku pobytu w Norwegii było nam ciężko, bo zaparłam się, że nie będę pracować fizycznie, i intensywnie uczyłam się norweskiego. No ale warto było, teraz jestem bardzo zadowolona. No i drugi sukces – stała praca w Oslo kommune, to bardzo cieszy.

Jaka była Twoja droga do znalezienia stałej pracy?

Swoją obecność na rynku pracy zaczęłam od praktyk w ramach kursu organizowanego przez NAV – Jobbsøkekurs for polskspråklige. Miałam to szczęście, że już znałam norweski, wcześniej zdałam Norskprøve, potrzebowałam jedynie rozpędu po przerwie związanej z urodzeniem dziecka. Na kursie bardzo szybko się rozgadałam (był dla polskiej grupy, ale mówiono na nim głównie po norwesku) i byłam gotowa do pracy. Miejsce praktyk musiałam znaleźć sama, więc poszłam do wszystkich przedszkoli w okolicy z pytaniem o praktykę i dosyć szybko ją znalazłam. Potem była praca na zastępstwo w tym samym przedszkolu. Kiedy się skończyła, zaczęłam intensywnie szukać, znowu znalazłam vikariat, ale rozpuściłam też prywatne wici, dałam znać, że szukam pracy, różnym znajomym. I ta sieć kontaktów zadziałała, choć oczywiście musiałam przejść zwykłą rozmowę kwalifikacyjną. Tak dostałam kolejny vikariat i po dwóch latach przedłużania umów – stałą pracę (tym razem musiałam wziąć udział w otwartej rekrutacji, z przedstawicielką związków zawodowych, i wykazać się kompetencjami związanymi z pracą z dziećmi ze specjalnymi potrzebami).

Jakie były twoje sposoby na nauczenie się norweskiego?

Chodziłam na trzy intensywne kursy i bardzo dużo pracowałam w domu. Uważnie przerabiałam podręcznik, robiłam zadania domowe i dodatkowe ćwiczenia, sama robiłam fiszki, i pracowałam z nimi, żeby zapamiętać nowe słówka. Angażowałam się też w czasie zajęć – sama jestem edukatorką, dużo pracowałam z dorosłymi w Polsce i wierzę, że taki aktywny udział i zaangażowanie to najlepszy sposób na uruchomienie języka. Kilka razy byłam też na språkkafe i to było bardzo fajne doświadczenie.
Lubię i potrafię się uczyć, używam kolorów, list, przepisuję słowa. Wiem, że w ten sposób uruchamiam obie półkule w mózgu, a proces uczenia się jest ciekawszy. Bywało, że spędzałam z norweskim 10 godzin/dobę. No i mimo, że jestem w Norwegii już 7 lat, cały czas się uczę, teraz w dużej mierze języka psychologicznego i pedagogicznego. Poza tym czytam artykuły związane z moim zawodem, zapisuję nowe słówka (i nie boję się o nie pytać, ku radości współpracowniczek), norweski mam cały czas „na radarze”. Rozmawiam też z dziećmi w przedszoklu, proszę, żeby mi tłumaczyły słowa, no i czytam mnóstwo książek dla dzieci, to świetna szkoła.

Co robiłaś, żeby zmotywować się do nauki/kiedy bardzo nie chciało Ci się uczyć?

Nie pamiętam takich momentów 🙂 Tak poważnie, byłam chyba mocno skoncentrowana na celu, i na tym, że to inwestycja (czasowa i finansowa) i ważny krok w integracji z norweskim społeczeństwem. Wiedziałam, że język jest ważny, jeśli chcę pracować w zawodzie, a bardzo chciałam.

Jeżeli zdałaś egzamin z norweskiego, jak się do niego przygotowywałaś?

Zdałam Norskprøve na poziomie B1, choć część ustną musiałam powtórzyć, za pierwszym podejściem dostałam tylko A2, po roku podeszłam do niego jeszcze raz.
Jeden ze wspomnianych wyżej kursów był kursem przygotowawczym do Norskprøve, skoncentrowanym na takich typach zadań, które pojawiają się na egzaminie. Pisaliśmy dużo tekstów, rozmawialiśmy na różne tematy, gromadziliśmy słownictwo. Myślę, że moje niepowodzenie wiązało się z tym, że bardzo bałam się mówić, czułam, że jeszcze nie potrafię być swobodna. Drugie podejście było dużo łatwiejsze i też wiedziałam więcej o kryteriach oceny, np. skupiłam się na tym, żeby podtrzymywać dialog, zadawać pytania rozmówczyni, a nie tylko jak najwięcej mówić od siebie.
Myślę, że w takim procesie warto skorzystać ze wsparcia kogoś, kto się zna na tych egzaminach, i przygotować „pod egzamin”. To tylko zadanie do wykonania i papier, a codzienność w Norwegii i tak wymusi na nas rozwój językowy.
No i ważne, żeby się nie zrażać, pamiętać o celu. Moje niepowodzenie było przykre, ale jednocześnie wiedziałam, że jeśli chcę pracować w zawodzie pedagogicznym, muszę przysiąść i zrobić drugie podejście.

Jakie rady dałabyś osobie, której zależy na szybkiej nauce norweskiego i znalezieniu dobrej pracy?

Inwestycja w kurs norweskiego czy lekcje z nauczycielką/nauczycielem i dużo pracy. Często spotykam się z takim podejściem, że ktoś uważa, że intensywny kurs to tylko praca podczas zajęć. A to niestety nie wystarczy, głowa musi mieć czas, żeby przyswoić informacje, są rzeczy, które trzeba wykuć, jak odmianę czasowników, albo zrozumieć przez wiele powtórzeń, jak np. szyk zdania. Praca, praca, praca. Teraz są dostępne świetne aplikacje, zarówno z gotowymi kursami (np. Duolingo, które zagania do codziennej pracy), jak i służące wspieraniu nauki wg naszego scenariusza (np. Quizlet, uzywany w norweskich szkołach, gdzie możemy zrobić własne listy słówek, a potem uczyć się ich za pomocą kilku metod, m.in. elektronicznych fiszek, memory). I grupy na fb, gdzie można ćwiczyć pisanie po norwesku.
Poza tym zanurzenie się w norweskim, czytanie prostych tekstów (np. Klartale), słuchanie norweskiego radia, oglądanie norweskich filmów i seriali, najlepiej z napisami, udział w språkkafe w lokalnej bibliotece. I uśmiechanie się do tego procesu, norweski jest naprawdę dużo łatwiejszy niż polski, a już go znamy, więc musi być z górki.

Lykke til!