Do Norwegii przyjechałam 6,5 lat temu po prawie 10 latach pracy w Polsce jako lektorka języka norweskiego. W kieszeni miałam dyplom magistra filologii i świadectwo ukończenia studium dla nauczających języka norweskiego. Zadziwiająco szybko dostałam pracę w szkole dla dorosłych. do czego odrobinę przyczynił się zresztą jeden z młodych rodaków uczestniczący w kursie, na którym miałam swoje próbne tygodniowe zastępstwo. Myśląc być może, że nowa nauczycielka jest Norweżką, kazał na pierwszych zajęciach mówić do siebie per Grzegorz Brzęczyszczykiewicz. Nazwisko zostało wymówione nie raz, a pięć razy – nie mogłam się powstrzymać – ale dowcip natychmiast rozluźnił atmosferę. I lekcje z młodą Polką chyba się szalonej ekipie Wschodnich Europejczyków spodobały, bo dyrektor zdziwiony opowiadał potem, w jakich superlatywach wyrażała się o mnie grupa. Nie wiedział oczywiście o Grzegorzu Brzęczyszczykiewiczu. Ale ja dostałam swoje pierwsze, trzymiesięczne zatrudnienie.

Mimo takich spektakularnych sukcesów z Grzegorzem Brzęczyszczykiewiczem w roli głównej, przez pewien czas dość niechętnie opowiadałam jednak świeżo poznanym Norwegom, że nauczam cudzoziemców ich języka. No bo jak to? Polka, i to jeszcze taka, po której słychać, że nie stąd, uczy ludzi norweskiego? W głowie dopowiadałam sobie wszystko to, co musiał myśleć o mnie taki Norweg. I wiele więcej. Nie pomagało zdziwienie w oczach coponiektórych i zdarzające się czasem komentarze  w stylu „o, praca musi Ci się podobać, bo to przecież lepsze niż sprzątanie”. Na polskich forach też czasem czytałam, że Polka to nie nauczy, że tylko z Norwegiem, że przecież akcent, idealna wymowa i znajomość kultury z dziada pradziada.

Tu mogłoby nastąpić miejsce, w którym sfrustrowany belfer rzuca wszystko i wyjeżdża w Bieszczady. Ale nie nastąpi. Bo w szkole, w której dostałam po jakimś czasie stałą pracę, norweskie zastępczynie zgłaszały dyrektorowi, jak bardzo lubią ze mną pracować. Bo w tej samej szkole dostałam po jakimś czasie zajęcia z przekochaną i przesympatyczną grupą B2. Bo słyszałam od sceptycznych na początku uczniów, że najlepiej na świecie tłumaczę gramatykę. Bo wraz z podziękowaniem (tu już po jednym z moich polskich kursów) za moją pracę otrzymałam kiedyś taką wiadomość od jednej Joanny: „Byłam wcześniej na innych kursach norweskiego z Norwegami i to jest bez porównania jak ty prowadzisz. To jest no rewelacja. Agato, jesteś świetna.”

Wiem, że nie jestem ani lepsza ani gorsza od Norwegów. Tak samo jak bezpośredni i łatwo nawiązujący kontakty z uczniami adjunkt (to nauczyciel ze stopniem licencjata) spod Tromsø nie jest lepszy ani gorszy od poważnej pani profesor z Oslo, która z kolei opowie ze szczegółami o Ivarze Aasenie i o samnorsk. Każdy nauczyciel jest po prostu inny, każdy ma swoje mocne i słabe strony. Ja nie nauczę być może uczniów idealnego dialektu z tej czy innej miejscowości (choć oczywiście większość z nas, którzy przyjechali do Norwegii po ukończeniu 12 roku życia i tak nie nauczy się tego dialektu idealnie, nawet podczas lekcji z nativem…), czasem zdarza mi się też popełnić błąd inny niż popełniają Norwegowie. Ale jako Polka wiem, jak to jest uczyć się języka od zera. Widzę też gramatykę „od zewnątrz”, więc łatwiej mi ustosunkować się do trudności, które polski uczeń może mieć z szykiem zdania czy trybem przypuszczającym. I wiem, jak to jest być imigrantem nad fiordami.

I oczywiście, czasem konkretnej osobie potrzebne są lekcje z Norwegiem. Bo tak. Bo każdy ma swoje potrzeby i wcale ze swoich preferencji nie trzeba się nikomu tłumaczyć. Można chcieć Norwega i koniec. Albo ktoś może być na poziomie C1, nie przygotowywać się do żadnego egzaminu, ale może chcieć pozgłębiać drobne niuanse w języku, na których dobrze wykształcony (to dość ważne) Norweg po prostu będzie znał się najlepiej. Czasem potrzebny jest z kolei Polak. Bo lepiej wytłumaczy, nawet jeżeli robi to po norwesku. Bo wie, jak to jest uczyć się języka na imigracji. Bo pomoże z gramatyką. A czasem po prostu ważny jest kompetentny lektor. Niezależnie od narodowości. Warto więc w konkretnej sytuacji wybrać takiego nauczyciela, jaki w danej sytuacji będzie najlepszym rozwiązaniem. Czasem będzie to Polak, czasem będzie to Norweg. A czasem Meksykanin. I tyle.

Ja przez ostatnie lata nauczyłam się w każdym razie, że dobrze wykształcony zagraniczny lektor z doświadczeniem i zaangażowaniem jest tak samo dobry w swoim fachu jak native. I już bez wahania mówię Norwegom, co robię. Tak, pochodzę z Polski. Co pewnie słychać. Uczę norweskiego. Jestem w tym dobra i to uwielbiam. I są grupy, także te międzynarodowe, które mówią, że polskie nauczycielki są najlepsze. Ale jest RODO, więc nie powiem, które.

PS.
Levis, Sonsaat, Link i Bariusso przeprowadzili kilka lat temu badania na temat efektywności nauczania wymowy (angielskiej co prawda, ale to w końcu też język gernański) przez natywnych i nienatywnych użytkowników języka. Okazało się, że przy zastosowaniu tych samych metod wyniki nauczania w obu szkolonych grupach  (jedna uczona przez „native’a”, druga przez nauczyciela pochodzącego z innego kraju) biorących udział w badaniu były zbliżone (TESOL Quarterly, nr 50, Vol 4, grudzień 2016).